Lekcja

Kasia ma 3 lata. Kiedy kończy obiad, woła "pierwsza! wygrałam!", dojeżdża pod dom na rowerku i woła "pierwsza!", kończy kolorować, woła "wygrałam!". Patrzę na nią cały czas, słucham potoku słów, które wypływają z jej niezamykającej się buzi i jestem pewna, że urodziła się tak szybko, bo po prostu chciała być "PIERWSZA!". A Artur? Artur chciał mnie wychować.

Dzisiaj w Światowym Dniu Wcześniaka chciałam przede wszystkim moim dzieciom podziękować. Otóż ja, stara baba, odebrałam od swoich dzieci chyba najważniejszą w życiu lekcję - pokory, cierpliwości, determinacji, empatii. Nauczyłam się cieszyć z małych rzeczy, odróżniać pierdoły od rzeczy ważnych i nie oceniać ludzi po pozorach. A walka, jaką stoczył mój syn, zawstydza mnie zawsze, kiedy sobie odpuszczam.



Pierwszy raz dotarło do mnie, że dzieci zrobiły mi takie "kuku", kiedy Artur miał pół roku. Pracowałam dorywczo. Co jakiś czas przechodził obok mojego stanowiska chłopak. Chodził lekko chwiejnym krokiem, z przechyloną głową, jakby nieobecny. Koleżanka rzuciła do mnie prześmiewczo: - O, idzie chłopek-roztropek. Oni tam chyba coś popijają. A on to w ogóle, nawet nikomu nie powie dzień dobry.

Już się miałam roześmiać, kiedy coś mi szepnęło: a jeśli twój syn będzie taki? Jeśli będzie utykał, kiwał głową, unikał ludzi... a ktoś go ze wzgardą nazwie "chłopek roztropek" i postawi na półkę głupków?

Nie odpowiedziałam nic. Ale zaczęłam się z nim witać, a kiedy zdarzyło mi się kiedyś coś załatwiać w jego dziale porozmawialiśmy, okazał się całkiem w porządku chłopakiem, tylko trochę innym w sposobie bycia. Kiedy pojawiłam się w tym miejscu ostatnio na chwilę, zobaczył mnie i z daleka z radością wołał "cześć! co ty tu robisz?!" wprawiając wszystkich w osłupienie. - Co mu zrobiłaś? - zapytała mnie jedna z koleżanek. - On się tu z nikim nie wita. Odpowiedziałam, że nic, po prostu raz to ja się z nim przywitałam, porozmawiałam, jak z człowiekiem, pewnie jako jedyna.

Ale uwierzcie mi, że gdyby nie mój syn, gdyby nie ta droga, którą już wtedy miałam za sobą z moimi dziećmi, też bym stała po stronie tych, którzy go ignorowali i wyśmiewali.

Zawsze byłam bezczelna i arogancka, pewna siebie, niepokorna. Niczego się nie bałam i zazwyczaj stawiałam na swoim. Nadal taka jestem, ale nie używam mojego arsenału ot - tak, żeby tylko pokazać, że go mam. Sięgam po niego, kiedy muszę załatwić sprawę ważną, a katalog spraw ważnych mocno się ograniczył. Nie ekscytuję się wynikami piłkarskimi, listami przebojów, rewiami mody, rynkami finansowymi, a religijne wojny i polityczne kłótnie bardziej mnie irytują i śmieszą niż wciągają. Uczestniczę w polityce, jako wyborca, ale w tych wyborach nie kieruję się etosami, sentymentami,ideałami, tylko realnymi problemami mojego domu.

Ważne jest każde nowe słowo Artura, który mógł nie mówić, ważne jest, że prosi mnie do tańca, a mógł nie chodzić. Ważny jest wierszyk, którego Kasia uczy się na Jasełka. Ważne jest każde kaszlnięcie Artura i każde "boli mnie brzuszek" Kaśki. Ważny jest mój ciężko pracujący mąż, bo musimy za coś jeździć na terapie. Ważne są Babcie i Dziadkowie, którzy wezwani na pomoc rzucają wszystko i przybywają, nawet 150 km PKS-em z przesiadką. Ważne są ciocie w przedszkolu, żłobku, OWI, bo spędzają z naszymi dziećmi prawie tyle samo czasu co my i pomagają im tak pięknie się rozwijać.

Jestem cierpliwa, ale zdeterminowana. Nauczyłam się tego, kiedy przez pół roku czekałam na wyraźny sygnał, że Artur widzi, kiedy dopiero po 4 miesiącach rehabilitacji ktoś inny poza mną i naszą cudowną fizjoterapeutką - lekarz neonatolog zauważył, że "Arturowi się poprawiło". Cierpliwie i z determinacją jeździłam, ćwiczyłam, zawsze dobrze, optymistycznie nastawiona, żeby syn nie czuł ode mnie, że nie warto, że to nic nie daje.

Nauczyłam się nie poddawać. Kiedy zdarza się, że coś odpuszczam, rezygnuję bez walki, jest mi wstyd. Przypominam sobie walkę, jaką Artur stoczył o życie i powtarzam sobie: jesteś dorosła, zdrowa, silna i nie dasz rady??? Spójrz na swoje dziecko!

Jest we mnie więcej zrozumienia i empatii dla ludzi "wykluczonych". Uwierzyłam, że zbiera się to, co się zasieje, więc sieję, kiedy mogę.

A przede wszystkim poznałam tyle różnych odcieni szczęścia, o których nigdy nie miałam pojęcia... Okazuje się, że nawet w dramatycznych sytuacjach można znaleźć powody do radości. Maleńkie, prawie niezauważalne. Ale szczęściem jest też nauczyć się jednak je dostrzegać. Bo nasze życiowe szczęście jest niczym innym, niż sumą maleńkich szczęść. Nawet jeśli przychodzą za wcześnie.

Dzisiaj wiem jedno - nie zamieniłabym moich wcześniaków na żadne urodzone w terminie dzieci. Pewnie byłoby łatwiej, bez nerwów, łez i strachu. Ale ja nie zmieniłabym się tak bardzo. Pewnie nie stałabym się lepszym człowiekiem, a co za tym idzie - lepszą matką. A one - moje waleczne dzieci zasługują na najlepszą.

Ps.: W Światowy Dzień Wcześniaka, wszystkim Wcześniakom i ich Rodzicom życzę wielu, wielu maleńkich szczęść.
Trwa ładowanie komentarzy...