O autorze
Macherka w www.macherki.com
Biznesmenka.
Aktywna matka dwójki wcześniaków.
Najczęściej widzi szklankę do połowy pełną.

TEN problem, to nasz problem

3 spotkania kobiet na przestrzeni kilku tygodni. Pierwsze - 5 kobiet, okazuje się, że 3 z nas przeżyły poronienie, w tym jedna z nas dwukrotnie. Drugie - 4 kobiety, trzy z nas nie doczekały szczęśliwych narodzin swoich dzieci. Dzisiaj po spotkaniu w grupie 17 kobiet, stoimy we cztery i rozmawiamy na wszelakie tematy, schodzimy na temat sympozjum - okazuje się, że wszystkie cztery poroniłyśmy. Nie, my się magicznie nie przyciągamy. Nas jest po prostu tak dużo.

Statystyki na przestrzeni lat się zmieniają. Obecnie szacuje się, że ciąży nie donosi 20 procent kobiet. Wg mnie to zatrważająca ilość. To znaczy, że co piąta kobieta na porodówkach nie rodzi pięknego zdrowego bobasa, ani nawet wymagającego specjalnej opieki wcześniaka z szansą na przeżycie, tylko roni. Jedna na 5 moich koleżanek.



Chociaż, dopóki nie zaczęłam się tym bardziej interesować, wydawało mi się, że jestem jedyna na świecie, albo przynajmniej jedyna na pół miasta. Dużego miasta. I sama przez lata nie mówiłam o tym, nie pozwalałam sobie na "słabość", tłumacząc sobie, że to już za mną.

Dzisiaj wiem, że moja strata nigdy nie będzie za mną, a na to, jak głęboko siedzi we mnie mój ból, miało wpływ wiele czynników. Na przykład głęboka bezradność i nieświadomość podczas samego tragicznego czasu odejścia mojego dziecka w 20 tygodniu ciąży.

Owszem, szpital zrobił, co mógł, byłam w osobnej sali, obchodzono się ze mną jak z jajkiem, zapytano nawet, czy chcę zobaczyć moje martwe dziecko, ale nikt nie powiedział mi, jak mam sobie z moim bólem poradzić.
Panowała wokół mnie taka cisza, jakbym była wyrzutkiem, bombą, której lepiej nie dotykać, bo wybuchnie i zostawi za sobą krew i łzy.

Wyszłam ze szpitala następnego dnia po moim dramatycznym porodzie. Na oddziale już nikt nie pamiętał, co się stało wieczorem, a ja trzymałam się ściany i nie wiedziałam, czy to koniec ciąży, czy początek żałoby? Jakiej żałoby? Przecież nawet nigdy nie widziałam mojego dziecka poza monitorem aparatu USG. Ale w wypisie ze szpitala dostałam kartę zgonu dziecka płci żeńskiej...

I jeszcze informację o przysługującym mi urlopie macierzyńskim oraz receptę na środek hamujący laktację.

Nie spotkał się ze mną psycholog, bo nie ma go w tym szpitalu, nie dostałam nawet ulotki, czy i gdzie mogę się zwrócić po pomoc psychologiczną. Choćby po to, żeby ktoś mi powiedział, albo pomógł samej sobie odpowiedzieć: czy ja mam to dziecko, czy go nie mam? A jeśli mam, to czy mogę, czy powinnam je pochować, czy nie? Jak mogę pomóc sobie, skoro mojemu dziecku już nie mogę pomóc? A może to jest tylko zły sen? A co powie teraz mój narzeczony? Może on już nie będzie mnie kochał? Po co mu kobieta, która nie umie urodzić dziecka?
Bo tego, że nie umiem, nie musiałam sobie wmawiać, serdeczna krewna w geście pocieszenia rzuciła "taka jesteś dorodna kobieta, popatrz, a dzieci nie umiesz urodzić"...

A co teraz powiedzieć rodzinie, znajomym? No coś trzeba. A może nie trzeba, przecież w końcu sami się domyślą. Może ktoś nas przyjdzie pocieszyć?
- Wiesz, przepraszam, że się nie odzywałam, ale... no wiesz, nie wiedziałam, co mam Ci powiedzieć - jedna koleżanka.
- No ale jak? Jak to się stało? Co zrobiłaś, że TO się stało? - inna znajoma.
- Już? Wyczyszczona? - zapytała jedna z osób, które odwiedziły mnie w szpitalu. Byłam "wyczyszczona".

Wtedy odbierałam wszystko jak cios. Jak oskarżenie. Jak niechęć i celowe zadawanie mi dodatkowego bólu. Bólu, którego się wstydziłam, bo "będę jeszcze miała dzieci", "zdarza się w najlepszej rodzinie" (kolejne cytaty). Nie mogę przecież epatować moim cierpieniem i przeżywać żałoby po kimś, kogo w sumie... nigdy nie było...? Kogo nie ma na żadnym rodzinnym zdjęciu. Przecież dookoła umierają ludzie naprawdę, rodzice, dziadkowie... giną w wypadkach, cierpią na raka, a ja...
Ja przecież tylko poroniłam.

Ale nie znam osoby, która po pięciu latach od śmierci swojego bliskiego, kiedy w tym samym grobie grzebane są szczątki kolejnej bliskiej osoby, ma ochotę wskoczyć do wykopanego dołu i wydobyć z niego tę trumnę, to ciało, którego brak odczuwa w sobie, w środku każdego dnia, chociaż ma już dwójkę cudownych dzieci.

To było jedno z ostatnich wydarzeń, które zaprowadziły mnie do gabinetu psychologa. Po pięciu latach, na skraju małżeństwa, z ujemnym poczuciem własnej wartości, wstydem i falami powracającym bólem. Bo tak często kończy się strata, na której nazwanie i odżałowanie sobie nie pozwalamy.

Dzisiaj wiem, że świat nie był wtedy przeciwko mnie. Nie odbierał mi żadnych praw. Położne naprawdę bały się krwi i łez, własnych łez, bo nie zostaje się położną, żeby przyjmować na świat martwe dzieci. Rodzina i znajomi nie chcieli mnie krzywdzić i piętnować. Po prostu nikt nie wiedział, co z TYM zrobić. Nie umieli TEGO nawet nazwać. Nie mogli, tak samo, jak ja nie mogłam powiedzieć, że umarło mi dziecko.

Dlaczego? Bo o TYM się nie mówi. A życie przecież toczy się dalej.

26 maja, 6 lat temu, niecałe trzy miesiące po śmierci mojego dziecka, napisałam maila do mojej przyjaciółki z pytaniem "Czy ja też jestem matką?".

26 maja br. na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego odbędzie się naukowo-praktyczne sympozjum pt. "Rodzicielstwo po stracie". Sympozjum dotyczy PORONIEŃ i ŚMIERCI DZIECI W OKRESIE OKOŁOPORODOWYM. Prelegentki będą mówić o kondycji psychicznej matek i ojców po stracie; procesie przeżywania żałoby po stracie dziecka i wachlarzu jej objawów; czynnikach istotnych dla wychodzenia z traumy; procedurach medycznych wspomagających proces żałoby (jakie i kiedy są pomocne); konkretnych przykładach wsparcia psychologicznego i społecznego kierowanego do rodziców i rodzin.

Wydarzenie zakończy praca w grupach warsztatowych: dla rodziców po stracie (w formie grupy wsparcia), którzy będą mogli w ten sposób wesprzeć swój proces wychodzenia z traumy oraz dla personelu medycznego pracującego w placówkach służby zdrowia I studentek/studentów zawodów medycznych, którzy będą mogli głębiej poznać proces i objawy powstawania i trwania traumy u rodziców po stracie, a także uzyskać wskazówki, w jaki sposób mogą złagodzić przeżywanie straty w postępowaniu okołoporodowym, np. które procedury i działania w szpitalu oraz w jakich sytuacjach są pomocne rodzicom; w jaki sposób personel medyczny może zadbać o rodziców, jednocześnie chroniąc swoją kondycję psychiczną.

Wszystkie informacje o sympozjum znajdują się na stronie www.postracie.macherki.com
Organizatorem wydarzenia jest Stowarzyszenie Macherki oraz Instytut Psychologii Uniwersytetu Gdańskiego.
Patronem medialnym sympozjum jest m.in. MamaDu.pl
Trwa ładowanie komentarzy...